sobota, 8 maja 2010

"Uwieczniona bitwa" w Dzienniku Polskim

Tekst pochodzi z internetowego wydania Dziennika Polskiego z dnia 8. maja 2010 r.


http://www.dziennikpolski24.pl/pl/region/proszowice/1016542-uwieczniona-bitwa.html/


Fragment makiety - atak kosynierów na rosyjskie działa
 Fot. Aleksander Gąciarz
KULTURA Lipowy Naczelnik wyrusza w świat - najpierw do Tokarni, Krakowa i Warszawy, a potem może do Szwecji, a nawet Stanów Zjednoczonych. Na tyłach dużego, piętrowego domu stoi biała rotunda. Do środka prowadzi kilka wejść. Wzdłuż ścian dwa kręgi ławek. Zajmujemy miejsce na jednej z nich i widzimy przed sobą kurtynę w kształcie pionowego walca. Na kurtynie, zasłaniającej całe wnętrze rotundy, wczesnowiosenny krajobraz z polami, wąwozami i koniuskim dębem, pod którym - według legendy - miał odpoczywać Kościuszko.


Po kilku minutach, gdy już wszystkie miejsca są zajęte, z głośnika rozlega się głos lektora. Kurtyna powoli unosi się w górę i spod płótna wyłania się kolejny krajobraz. Tym razem trójwymiarowy. Pagórkowaty teren, gdzieniegdzie drzewa, chłopskie chaty, wozy. Ale to tylko drugorzędne elementy całości. Tło dla toczącej się na okrągłym stole bitwy.


Prawnuk kosyniera

Jest 4 kwietnia 1794 roku. Tadeusz Kościuszko, naczelnik powstania narodowego, spotyka siły rosyjskie pod Racławicami. Pod swoimi rozkazami ma m.in. kosynierów - uzbrojonych w kosy chłopów z okolicznych wsi. Wygrywa bitwę i choć kilka miesięcy później powstanie upadnie, racławicki triumf przejdzie do historii. Jednym z kosynierów Kościuszki jest Józef Król z Ibramowic (tak przynajmniej głosi przekazywana z ust do ust rodzinna tradycja). Nie wiadomo o nim praktycznie nic poza tym, że bitwę udało mu się przeżyć. Z górą dwieście lat później jego prawnuk, Janusz Król z Niezwojowic, postanowił odtworzyć bitwę. Tak jak Wojciech Kossak i Jan Styka upamiętnili ją na płótnie, on postanowił stworzyć makietę. - Chodziło to za mną od jakiegoś czasu. Chciałem jakoś te zdarzenia uwiecznić, ale nie wiedziałem do końca, jak - opowiada. Pomysł nabrał realnych kształtów, gdy przed czterema laty odwiedził targi sztuki ludowej na krakowskim Rynku. Kupił wówczas postać drewnianego kosyniera. To od niego wszystko się zaczęło. - A gdyby tak stworzyć cała armię takich żołnierzy - pomyślał Janusz Król. I zaczął kompletować swoje wojsko. Rzeźby zamawiał u ludowych artystów, których znalazł za pośrednictwem Kazimierza Idziego, artysty z Chorągwicy.
Rzeźb do tej pory powstało około trzystu: polscy żołnierze regularnego wojska, kosynierzy, Rosjanie. Wszyscy umundurowani i uzbrojeni. Poza tym konie, działa, baby modlące się pod krzyżem. Wszyscy tworzą jedyne w swoim rodzaju widowisko. Przez dwadzieścia minut widzowie śledzą akcję, słuchając opowiadania lektora. Obrazy przesuwają się powoli wraz z ruchem obrotowego stołu. W centrum, na koniu, Tadeusz Kościuszko w krakowskiej sukmanie. Lipowy Bartosz Głowacki właśnie nakrył czapką lont armaty i triumfująco spogląda dookoła. Powstańcy nacierają na Moskali. A gdzieś na obrzeżach leżą zakrwawieni ranni, stoją wozy z prowiantem, gońcy biegają z meldunkami.

Jak najwierniej


Nad figurami pracowało kilka osób, ale autorami największej liczby rzeźb są: Stanisław Porzutek z Lesicy, Stanisław Baran z Jeżowego i Stanisław Komorniczek ze Starachowic. Pomysłodawcy zadowolić nie jest łatwo. Przed sobą ma dwie postaci klęczących kobiet. Są jeszcze niepomalowane. Janusz Król marudzi. - Te spódnice jakoś tak nienaturalnie się zawijają - narzeka, choć dla mnie lipowe baby są w porządku. No, ale on tu rządzi. A dokładniej mówiąc - płaci, bo koszt jednej figury to około stu złotych. Do tego budowa rotundy, sterowanego pilotem obrotowego stołu o powierzchni 40 metrów kwadratowych, kurtyna. Wprawdzie to wszystko zbudował wspólnie ze swoimi pracownikami (Janusz Król jest właścicielem firmy "King", zajmującej się handlem obwoźnym), ale to też kosztowało wiele wysiłku, czasu i materiałów. W prace mocno "zaangażowany" był nawet wnuczek pana Janusza, pięcioletni Jacuś Malara. Podstawa makiety została wykonana ze styropianowych płyt. Musiały być odpowiednio uformowane, docięte i połączone ze sobą tak, by imitowały pagórkowaty krajobraz. Aby wszystko wyglądało jak najwierniej, Janusz Król dokładnie obejrzał pole racławickiej bitwy. Z Niezwojowic to raptem kilka kilometrów.

Otwarcie w dniu pogrzebu prezydenta


Prace nad makietą trwały 3 lata. Po raz pierwszy Janusza Króla odwiedziliśmy latem ubiegłego roku. Wiele elementów było już wtedy gotowych. Przechowywani w tekturowych pudełkach żołnierze czekali na sygnał do wymarszu. Ten zabrzmiał 18 kwietnia, czyli w dniu pogrzebu pary prezydenckiej. - Nie odwoływaliśmy tej uroczystości, chociaż była żałoba. Były już rozesłane zaproszenia, nie chcieliśmy psuć planów ludziom, którzy zarezerwowali dla nas swój czas. Zorganizowaliśmy wszytko skromnie, bez muzyki. Przyjechali zaproszeni goście, przyszli sąsiedzi - mówi Agnieszka Król, córka właściciela. W ciągu kilkunastu dni, gdy makietę można było oglądać w Niezwojowicach, widziało ją kilkaset osób. Był m.in. Andrzej Lepper, który zostawił na pamiątkę album "Królowa korony polskiej" ze specjalną dedykacją. Były kieleckie władze wojewódzkie, w tym marszałek Adam Jarubas, kilka szkolnych wycieczek, sąsiedzi. Przy okazji remontu drogi, prowadzącej z Niezwojowic do Pałecznicy, był starosta proszowicki Zbigniew Wójcik. Kto chciał, mógł wpisać się do księgi pamiątkowej. - Niecodzienny pomysł, wielka fantazja i pasja, która oby promieniowała - to wpis Beaty Sygulskiej. - Życzymy, aby o makiecie dowiedziała się cała Polska - napisali Anna i Ryszard Nowakowie.
Być może ich życzenie stanie się faktem. W poniedziałek makieta opuści Niezwojowice. Zostanie przewieziona do Tokarni, gdzie znajduje się Park Etnograficzny Muzeum Wsi Kieleckiej. Ma tam przebywać do 21 czerwca. Wicewojewoda kielecki Piotr Żołądek zaklepał to sobie jeszcze w styczniu. Potem będzie można ją oglądać w Krakowie - w sąsiedztwie Parku Jordana, potem w Warszawie. Potem... - Mamy już od Polonii zaproszenia do Szwecji, a nawet do Stanów Zjednoczonych - zdradza Janusz Król. Jego zdaniem makieta już do Niezwojowic nie wróci. Chce ją pokazywać na całym świecie. A to bardzo poważne przedsięwzięcie. Z obiektem musi podróżować osiem osób. Demontaż całości wraz z rotundą zajmuje pełną dobę. Mniej więcej tyle samo złożenie wszystkiego z powrotem. Potem trzeba się zająć sprzedażą biletów, obsługą urządzeń, pilnowaniem, by nic nie zginęło. - Już po pierwszych seansach niektórzy widzowie chcieli sprawdzać, czy wszystko jest prawdziwe - mówi Agnieszka Król. Makiecie będzie towarzyszyć wystawa obrazów poświęconych bohaterom bitwy. W domu Królów wiszą portrety Kościuszki i Głowackiego, jest replika plakatu reklamującego otwarcie Panoramy Racławickiej we Lwowie. W obszernym przedpokoju wiszą dwie sukmany. Można przymierzyć czapkę "krakuskę" i - trzymając kosę osadzoną na sztorc - poczuć się jak kosynier. I tylko Moskali w okolicy nie widać...
Informacje o makiecie można znaleźć również na stronie internetowej www.bitwaraclawicka.pl
Aleksander Gąciarz
proszowice@dziennik.krakow.pl







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz